.. Takimi grzechami obraziłam Boga… Ale czy faktycznie to zrobiłam? Obraziłam Boga? Jestem w ciemności. Nie wiem co jest Prawdą. Gubię się. Wierzę w Boga, ale nachodzą mnie wątpliwości… Nie odchodzę z Kościoła, ale stawiam sobie wiele trudnych pytań…Mam prawie 40 lat… Moja wiara nie jest już tak naiwna i bezkrytyczna jak kilka, kilkanaście lat temu. Czuje, że dzieje się we mnie coś ważnego, ale boję się tego…Kim jest Bóg? Kim ja jestem? O co chodzi w wierzę? Czy o praktyki religijne? Czy o życie moralne, pokorne, bez grzechu? Czy zbawienie faktycznie jest tylko w Kościele? Jeżeli tak, to dlaczego jest w nim tyle zła?

Minęło już trochę czasu a mnie nadal boli.. Bolą mnie oskarżenia wobec księży, biskupów o molestowania, przymykanie oczu na pedofilię, o romanse tp… Boli mnie fakt, że te złe rzeczy miały miejsca… Jak wierzyć, jak walczyć z pokusami, jak iść do przodu kiedy biskup, który był swego rodzaju autorytetem ma coś za uszami… Jak nie stracić wiary, kiedy biskup którego słuchałam wykłady o rodzinie, o małżeństwie, o świętości w codzienności znika z piedestału, bo wiedział aż nazbyt i nic nie zrobił? Jak on mógł? Jak mógł głosić te górnolotne tezy  wiedząc to co wiedział?  Robiąc to co robił? Trudno mi się otrząsnąć… Jak mam teraz sama walczyć ze swoimi pokusami, kiedy najwyższy przykład pokazuje mi, że to wszystko o ścianę rozbić… W obliczu tych wszystkich skandali seksualnych w Kościele czystość przedmałżeńska to jakiś żart… Dlaczego współżycie pozamałżeńskie z ukochaną osobą jest grzechem i jest tępione w Kościele a wykorzystanie seksualne młodych chłopców przez księdza jest zamiatane pod dywan i sprawa jest tuszowania?

Zastanawiam się co Jezus by powiedział na to co się dzieje i co by mi odpowiedział na moje pytania… Jak na razie Jezus milczy a ja płacze… Jest mi smutno. Ale też widzę w tym co teraz we mnie jest światełko w tunelu. Doświadczam. Przeżywam. Czuję. To znak, że Kościół nie jest mi obojętny a wiara jest dla mnie ważna. Oby to światełko nie zgasło. Nie wiem czy przeżyje  kolejne skandale. Mam wrażenie, że jestem na krawędzi i ciut ciut, i skoczę… Skoczę w odejście od Kościoła… Nie chce tego, ale to dzieje się jakby bez mojej zgody… Wkurzają mnie ciężary rzucane nam na grzbiety przez Kościół… Ciężary, które sam Kościół nie chce nieść… Czuje złość na praktyki religijne, które do niczego nie prowadzą,… Rośnie we mnie niezgoda na poczucie winy, które Kościół mi wciska na każdym kroku opakowane w papierek wolności i godności… Już mniej ufam patetycznym słowom z ambony. A chciałabym inaczej. Chciałabym by było jak kilka lat temu, kiedy Kościół był moja matka… Alfą i Omegą…

Z drugiej strony bronię Kościoła jak lwica. Bronię w mediach społecznościowych, w rozmowach w pracy, w rodzinie. Kocham Kościół. Kocham Boga. Ale…

Więcej grzechów nie pamiętam. Nie proszę dziś o pokutę. Proszę o pozwolenie na kryzys wiary. Potrzebuję zgody i aprobaty, że kryzys to nic złego…Potrzebuję umocnienia. Kryzys wiary, kryzys wieku średniego, kryzys… Dopadł i mnie…